czwartek, 14 sierpnia 2014

Nieoczekiwana pomoc

Biegła przed siebie, odwracając się do tyłu aby spojrzeć na chłopaka, którego ciągnęła za ramię matka.
- Nawet nie wie jak mam na imię- pomyślała przystając na chwile obok sosny ze zmęczenia.
Popatrzyła znowu, ale zniknęli już za liśćmi drzew. Niebo stawało się coraz jaśniejsze.
Ruszyła dalej w stronę miasta. Wyszła na autostradę i spiesznym ruchem przeskoczyła przez rów i wylądowała na dużej polanie. Pokryta była różnokolorowymi kwiatami. Skręciła w lewo i  z oddali zobaczyła dzwonnice kościoła. Spokojniejszym krokiem poszła dalej depcząc kwiaty butami. Po niespełna minucie dotarła do dzwonnicy i ruszyła prosto z jej prawej strony.
Mieszkała w kamienicy przy rynku. Rodzice pracowali w banku więc często zostawała sama w domu. Wyjęła z kieszonki w swetrze klucze i włożyła je w zamek od furtki. Przekręciła i zamknęła za sobą.
Wyszła po schodach i otworzyła duże, drewniane drzwi. Położyła klucze na kredensie i wspięła się po schodach do swojego pokoju mieszczącego się na górze mieszkania.
 Pokój był bardzo przytulny, idealnych rozmiarów w kolorze ecru. Jedna ze ścian pokryta została czarno-białymi wycinkami z gazet, głównie aktorów, modelek, gwiazd. Pod nią stało białe łóżko z piękną rama z mahoniowego drewna, okryte narzutą z przyjemnego materiału.
 Przy oknie stała toaletka służąca za biurko. W pokoju znajdowała się jeszcze wnęka z olbrzymią szafą i po przeciwnej stronie regały ze starymi książkami. Okno nad toaletką przedstawiało piękną panoramę, spokojnego miasta- Maren.
 Położyła wełniany sweter na łóżko, ściągnęła sukienkę i poczłapała leniwie do łazienki.
Urządzona została w starym stylu. Wielka biała wanna na prawie całą szerokość łazienki z wbudowaną funkcją masażu prezentowała się wspaniale, nie wspominając już o funkcjonalności,  umywalka w prowansalskim stylu stała obok niej z lewej strony, wiszące stare lustro z pozłacaną ramą z litego drewna wisiało nad nią powiększając całe pomieszczenie. Toaleta była w oddzielnym pomieszczeniu.
Zapaliła waniliowe świece na półce nad wanną i nalała szybko do niej wodę.
Zanurzając się w pianie migdałowego płynu do kąpieli cały czas rozmyślała.
-Co jeżeli coś mu się stało?- dręczyła się pytaniami o podobnej tematyce.
Zastanawiała aby pójść do lasu, odszukać go i pomóc mu, chociaż sama nie wiedziała jak.
-Ale czy to będzie bezpieczne? Przecież jego matka mnie zabije.
Nie mogła znieść tej myśli, że go tam zostawiła. Zmyła cały brud , założyła ręcznik i gumką zaplotła długie, brązowe włosy w luźny kok.
Dotknęła karku, żeby zapiąć wsuwką włosy sterczące z tyłu. Poczuła coś. Miękkie w dotyku wybrzuszenie. Wzięła w rękę lusterko z szafki pod umywalką i popatrzyła na swój kark. Wybrzuszenie miało dziwny kształt w formie fali.
Nie zawracając sobie tym dłużej głowy weszła do swojego pokoju, ubrała się w jeansy i bluzkę w paski.
Zeszła do kuchni, która jak i reszta kamienicy zrobiona była w starym stylu ale z dobrym gustem.
 Głodna wyciągnęła patelnię i zaczęła smażyć jajecznice na wiejskim maśle z pajdą chleba.
Po obfitym posiłku i malinowej herbacie znużona udała się do swojego pokoju. Nie przebierając się nawet wskoczyła na łóżko i przykryła się miłą w dotyku narzutą.

Po dwunastu godzinach obudził ją głos rodziców wołających ją na kolację.
-No już, zaraz zejdę- krzyknęła.
Zeszła na dól i przywitała się z nimi machając ręką, jednocześnie ziewając.
 Byli młodzi jak na rodziców prawie dorosłego dziecka. Oboje nosili okulary i mieli brązowe włosy.
Ojciec Katy, wysoki, chudy mężczyzna o zielonych oczach pracował jako analityk systemowy. Matka dziewczyny również wysoka z długimi nogami ale piwnymi oczami pracowała jako analityk kredytowy.
Rzadko kiedy jej rodzice byli w domu przez cały dzień, dlatego też nie zdziwiła ją następująca wiadomość.
- Masz na stole kolację, weź sobie, my niestety musimy już lecieć- powiedziała pospiesznie jej mama trzymając kopertówkę w długich dłoniach.
- Ej, chwila. Gdzie idziecie?- zapytała.
- Kochanie, musimy wyjechać na dwa dni, pilna sprawa z pracy. Zostawiliśmy ci pieniądze na stole, kup sobie za to jedzenie i co tylko chcesz- powiedziała przekręcając klucz w zamku.
- Mhm, super. Jak zwykle mile spędzę czas w gronie rodziny- odpowiedziała gdy już zamknęli za sobą drzwi.
Zjadła zimny kawałek pizzy na kolacje i położyła się z powrotem senna do łóżka.


Nastawiony budzik obudził ją o dziesiątej nad ranem.
- O kurczę, długo spałam- pomyślała przeciągając się.
Przebrała się w stare jeansy i zwykłą szara bluzkę, rozpuściła swoje pofalowane włosy, wyszła do łazienki żeby się odświeżyć. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, zatoczyła się i upadła na podłogę. Trzymając się za głowę, która piekła jakby ktoś przystawił jej gorący węgiel wstała i weszła do salonu. Wzięła z pudełka na lekarstwa lek przeciwbólowy i ruszyła do łazienki.
-Musze mu jakoś pomoc- pomyślała patrząc w swoje odbicie w lustrze.
Głowa dalej nie dawała jej spokoju.
Wyszła po chwili, zeszła na dół i wziąwszy tylko klucze ze sobą zmierzyła w kierunku lasu.
 Przeszła obok dzwonnicy kościelnej i ruszyła tą sama drogą co dzień wcześniej.
 Po kilku minutach była już na skraju lasu. Podążyła do tego samego miejsca, z którego się rozstali zeszłego dnia. Rozglądnęła się z nadzieja, że znajdzie jakąś poszlakę. Nic z tego, musiała liczyć na samą siebie. Ruszyła dalej prosto, przed siebie. Po chwili z oddali zobaczyła smugę dymu zanoszącego się z jakiejś chaty na polanie.
Pobiegła w tamtym kierunku trzepiąc kluczami w tylnej kieszeni jeansów. Schowała się za belami drewna na opał i zaczęła obserwować przebieg wydarzeń.
Ta sama kobieta co wczoraj wyszła z domku z siekierą w ręce.
- Gdzie ten chłopak zaś się szwenda, miał iść tylko po drewno- zamruczała pod nosem wbijając siekierę w kark koguta.
Krew rozprysła na wszystkie strony. Katy z obrzydzeniem patrzyła na tą scenę. Chciała teraz jak najszybciej wynieść się stąd niezauważona.
 Zaciągnęła powietrze cicho i schyliła się bardziej, aby kobieta jej nie zauważyła. Po usłyszeniu zamykających się drzwi wyszła zza bel i ruszyła w inną stronę lasu żeby znaleźć Jamesa.
 Zauważyła chwilę później porozrzucane gałęzie i liście na leśnej ścieżce. Wiedziała, że dobrze zmierza. Skręciła w prawo za nimi i zobaczyła Jamesa niosącego drewniane bele na swoich barkach.
Popatrzył na nią zdziwiony, upuścił drewno i podbiegł do niej.
- Nie powinno cię tu być- powiedział nagle- jeżeli moja matka cie zobaczy...
- Nie bój się nie zobaczy, chciałam ci pomoc- odpowiedziała nieśmiało.
- Dziękuję, ale ja sam nie potrafię sobie pomóc- popatrzył się jej prosto w oczy.
- Chodź do mnie, mieszkam w mieście, jestem sama... moi rodzice wyjechali na dwa dni- odpowiedziała czując wypieki na twarzy.
- Ale... No ...- rzekł drapiąc się po głowie w namyśleniu- Ale nie mogę wrócić do domu po ubrania, po cokolwiek.
- Spokojnie, coś wymyślimy- odpowiedziała z zatroskaną miną.
James patrzył się na nią z zaciekawieniem. Miał piękne kości policzkowe, włosy w kolorze ciemnego brązu, zielone oczy, w których można było dostrzec dziwne przebłyski srebra, pięknie wyrzeźbione ciało od ciężkiej pracy.
- Mogę ci pomoc, ale proszę chodźmy już- powiedziała po chwili wpatrywania się w nastolatka.
- Dobra, byle jak najdalej od tej kobiety- rzekł, uchylając kąciki ust w uśmiechu.
Ruszyli na przód, pierwsza po chwili milczenia odezwała się nastolatka
- Tak w ogóle mam na imię Katy, nie przedstawiliśmy się sobie wczoraj
- James- podał jej swoja męska dłoń.
Nieśmiało odwzajemniła uścisk znowu się rumieniąc. Nieznany impuls przeszył  ich ciało, od stóp aż po głowę. Było to delikatne łaskotanie, w którym można było wyczuć nutę bólu. Wymienili zaciekawione spojrzenia.
-Czy ty....?- zapytała po chwili.
- Tak, to było dziwne. To chyba znak, że  gen się uaktywnia, niedługo się przemienię- powiedział James po minucie ciszy.

Przeszli przez las i wkroczyli na łąkę.
- Nigdy tu nie byłem- odezwał się po raz drugi nastolatek.
- Co? Jakim cudem?- odpowiedziała zaskoczona.
- No żyłem tylko.... w lesie i nic więcej- odrzekł podziwiając piękne polne kwiaty.
- Ale chyba chodziłeś do szkoły, tak?- powiedziała, patrząc na niego ze zdziwieniem.
- Nie, mój ojciec uczył mnie wszystkiego od początku. Angielskiego, matematyki i pozostałych przedmiotów humanistycznych i ścisłych. Na szczęście szybko się  uczyłem więc nauka zajęła mi tylko 6 lat.
- Oh, przepraszam, że zapytam, ale gdzie on teraz jest? - zapytała po chwili.
- Nie żyje, został zabity- spojrzał na nią i odwrócił wzrok w stronę ziemi.
Przekroczyli granicę między łąką, a miastem. Ruszyli prosto w prawo za dzwonnicą dochodząc pod furtkę kamienicy Katy.
-  Przykro mi, przepraszam za to pytanie..- powiedziała i położyła mu dłoń na ramieniu.
Znowu ten sam impuls przebiegł ich ciało, tyn razem przyjemniejszy bez uczucia bólu.
- To trochę dziwne, ze coś takiego się dzieje. Może dlatego, że nigdy nikogo wcześniej nie znałem, nie miałem przyjaciół ani tak na prawdę.... Nikogo- odrzekł.
- Jak to możliwe? Miałeś tak blisko miasto, nie mogłeś tu przyjść i no nie wiem...- odwróciła wzrok od niego ponieważ czuła po raz kolejny, że się rumieni.
- Matka mi zakazywała, nic nie mogłem robić po śmierci ojca- powiedział.
Wpatrywał się w nią jakby była czymś nadprzyrodzonym. Podziwiał jej malinowe usta gdy mówiła,  jej włosy kiedy wiał wiatr, piwno-zielone oczy,  kiedy patrzyła na niego.
- Tak naprawdę, czemu chcesz mi pomóc?
- Gdy cie zobaczyłam tam w nocy w lesie po prostu szkoda mi ciebie było, jeszcze do tego okazało się, że jesteś... No po prostu inny. Wszyscy moi rówieśnicy to totalne gbury. Nie spotkałam jeszcze takiej osoby jaką jesteś ty.Chce cię poznać bliżej i pomóc ci w przemianie jak to tylko jest możliwe- odpowiedziała wyciągając klucze.
- Też chcę cię poznać, tym bardziej, że nie wiem jak to jest mieć przyjaciół- odrzekł.
-Hmm, to może już chodźmy bo stoisz na środku chodnika w samych jeansach i moja sąsiadka cię podgląda.
James uśmiechnął się do niej, a potem pomachał kobiecie w średnim wieku patrzącej na niego z okna.

środa, 13 sierpnia 2014

Początek

Impreza powoli dobiegała końca. W leśnej chacie w środku lasu nie słychać było już muzyki gatunku Indie- rocka.
Nielegalny alkohol przelał się już do końca, przemycone narkotyki rozniosły się wśród młodzieży.
Pot lał się strumieniami po dzikiej imprezie.
To był pierwszy dzień wakacji, wszystko było możliwe.
Niebo jak sierść dalmatyńczyka zaniosło się gwiazdami, można było dostrzec drogę mleczną. Rosa zajęła runo leśne, a korony drzew kołysały się swobodnie.
Ognisko za chatą zapiszczało ostatni raz po nocnym grillu. Drewniane bele z którego została wykonana chata zaskrzypiały od skacowanej dziewczyny śpiącej na jednej ze ścian.
W środku kominek ogrzewał cały domek. Dziewczyna obudziła się jako pierwsza wśród trzydziestu nastolatków.
Nie była wypoczęta ale przynajmniej nie miała kaca. Wstała smukłym ruchem, żeby nie obudzić pozostałych i wyszła z chaty. Założyła na czarna sukienkę biały długi wełniany sweter. Trampki były w tragicznym stanie.
Po długiej imprezie nie tylko były brudne, ale i rozklejone na bokach. Poszła w głąb lasu wsłuchując się w głosy nocnych ptaków.
Drzewa rosły gęsto, więc nie czuła się swobodnie, a co najważniejsze bezpiecznie. Wiedziała jednak, że musi wrócić aż wzejdzie słońce. Katy ruszyła dalej i skręciła w prawo. Nagle pohukiwania sów ustały i usłyszała krzyk pełen rozpaczy proszący o pomoc.
Był to męski głos. Przerażona zatrzymała się i nie zastanawiając się dłużej ruszyła w jego kierunku. Drugi krzyk był coraz bliżej, aż w końcu dostrzegła. Chłopak w mniej więcej jej wieku leżał na rosie, na malej polanie w środku lasu. Ubrany był jedynie w długie spodnie.
Nie widziała jego twarzy ponieważ ułożył się w pozycji embrionalnej. Podbiegła do niego chlapiąc trampkami.
- Hej, halo. Żyjesz?- zapytała potrząsając go.
- Weź mnie od niej błagam- zawył z bólu chwytając ja za udo.
Przestraszona odskoczyła i zobaczyła na jego plecach wypalone znamię. Łza popłynęła jej z kącika oka czując bezradność i ból chłopaka.
Wzięła go delikatnie i pomogła mu wstać. Osunął się na drzewo krzycząc z bólu. Tym razem zauważyła drugie świeżo wypalone znamię. Popatrzył na nią błagalnie i znowu powiedział.
- Weź mnie od niej proszę.
- Kto to jest ona? Musisz mi wszystko powiedzieć a ja ci pomogę jak tylko mogę- odpowiedziała patrząc na jego mięśnie na brzuchu, które oświetlał księżyc.
- Moja matka ona chce żebym tego nie robił a ja nie dam rady, nie mogę- powiedział, patrząc na jej rękę, która trzymała na swoim udzie.
- Ale do czego cie zmusza- zapytała zaskoczona.
- Żebym przestał krzyczeć i wić się z bólu- spojrzał w końcu w głąb lasu.
-Ale jesteś chory? Nie bardzo rozumiem- odpowiedziała zmieszana.
Powiem ci wszystko ale obiecaj ze mi pomożesz- odpowiedział i zrobił krok, ale osunął się na nią bezradnie.
Zaskoczona objęła go i postawiła znowu o drzewo. Zaczął opowiadać.
Historia zaczyna się w 1215 roku kiedy urodziło się dziecko z najpotężniejszym genem recesywnym w historii. Przy narodzinach został naznaczony blizną na karku w kształcie węża przez duchownego. Grzechem było wtedy zabijać nowo narodzone dzieci. Wiec uznany za dzieło szatana musiał poczekać do pełnoletności. Do tego czasu jednak doznał przemiany i jego możliwości telekinetyczne się powiększyły. Nie tylko mógł poruszać przedmiotami, ale przenosić się miedzy miejscami czy sięgać wzrokiem przez ściany. To nie było wszystko, było jeszcze wiele zalet. Jedynym minusem była przemiana. Jest to ból niemiłosierny. Gen łamie wszystkie kości, zrywa nerwy, mozg pęka z bólu i to wszystko trwa przez dwa dni. Mężczyzna to przetrwał i pozabijał wszystkich duchownych w całym kraju. Założył rodzinę i tak powstał ród Irina, a od niego kolejne i kolejne. Teraz linia dopadła i mnie, w tym samym tysiącleciu rodzi się trójka dzieci z tym genem: dwóch chłopców i jedna dziewczynka. Irin jednak zadbał o kobiety, nie doznają takiej przemiany jak my. Nie wiem kim są pozostali, wiem wszystko od mojego dziadka którego dziadek posiadał ten gen.
- Czyli ty jesteś potomkiem Irina i niedługo się przemienisz?- zapytała oszołomiona.
- Tak, a teraz błagam pomóż mi- poprosił błagalnie.
-O jacie , nie wiem co o tym myśleć, ale dobra pomogę ci- odpowiedziała.
Wzięła go za rękę i pomyślała żeby go zabrać do swojego o domu.
Truchtem pobiegli w stronę miasta. Nagle w śród drzew usłyszeli krzyk kobiety
-James wracaj do domu teraz, bo cie wyrzucę z domu!
Katy popatrzyła na niego z politowaniem. Pomyślała ze jego życie musi być okropne, nie dość ze cierpi z bólu to jeszcze jego matka go za to karze. Stali tak wsłuchując się skąd pochodzi głos, aż zza drzew wyłoniła się głowa kobiety. Była to pulchna kobieta z zakrwawionym fartuchem.
-James co ty tu  robisz?!- zapytała podbiegając do niego.
Strzeliła go w twarz z grubej dłoni i popatrzyła na Katy, która wydała z siebie głuchy okrzyk.
- Co ty z ta dziewczyną tu robisz? - powiedziała z odraza patrząc po raz drugi na dziewczynę.
- Zastanów się lepiej co mówisz, może jej nie znam ale przynajmniej ona chce mi pomóc, odsuń się ode mnie proszę, zrobię ci krzywdę- powiedział patrząc na matkę mściwym wzrokiem.
-Zamknij się i wracaj w tej chwili do domu, a ty- skierowała palcem w Katy- Lepiej żebym cię więcej nie widziała.
James popatrzył na nią przepraszająco.
Kiedy jego matka zbliżała się już do niej ten wstawił się pomiędzy nimi i krzyknął.
-Uciekaj stąd proszę, uciekaj!
Katy popatrzyła jeszcze raz na niego i pobiegła jak najszybciej mogła w głąb lasu.